Kresy Wschodnie w pigułce

Na nieludzką ziemię

14 grudnia 1939 r. w Berlinie, po serii spotkań i ustaleń pomiędzy stronami, dokonano ostatecznej wymiany dokumentów ratyfikujących niemiecko-sowiecki układ o przyjaźni i granicy, podpisany 28 września 1939 roku a więc w niecałe dwa tygodnie po zajęciu polskich Kresów Wschodnich przez Armię Czerwoną. W wigilię Bożego Narodzenia, 24 grudnia 1939 roku, Józef Stalin, w depeszy do ministra Ribbentropa, pisał we wzniosłych słowach o przypieczętowanej krwią przelaną w boju przyjaźni niemiecko – sowieckiej.

Akcja „przywracania spokoju” na terenach anektowanych Polsce nabierała zastraszającego rozmachu. Jakkolwiek w świetle prawa międzynarodowego tereny zagarnięte przez ZSRR (podobnie jak te, zagarnięte przez Niemców) miały status terytorium okupowanego (a więc stanowiły w dalszym ciągu integralną część Państwa Polskiego), Stalin, posługując się imieniem Związku Radzieckiego, ustanawiał i bezwzględnie egzekwował własne prawa.

Równolegle z opresyjno-represyjnym aparatem NKWD, działały niejako oddolnie lokalne organizacje, składające się z lojalnych Związkowi Radzieckiemu byłych obywateli polskich, pochodzenia ukraińskiego i białoruskiego A TAKŻE ŻYDOWSKIEGO, robiących wszystko, co w ich mocy, aby nigdy nie powróciło status quo ante. 22 października 1939 roku odbyły się wybory do utworzonego przez władze ZSRR Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi. Po kampanii wyborczej i samych wyborach przeprowadzonych w atmosferze absolutnego terroru, władze sowieckie poinformowały o swoim tryumfie – frekwencja dochodziła do 100 %, zaś kandydaci popierani przez ZSRR zdobyli 90 proc. głosów. Zalegalizowane w ten sposób Zgromadzenie obradowało w dniach 28–30 października w Białymstoku pod hasłem „Śmierć Białemu Orłowi” zaś wynik tych obrad był łatwy do przewidzenia. 2 listopada 1939 Rada Najwyższa ZSRR przychyliła się do „prośby” Zgromadzenia o włączenie „Zachodniej Białorusi” w skład ZSRR. W identyczny sposób potraktowano „prośbę” Zgromadzenia Narodowego Ukrainy Zachodniej, obradującego dwa dni wcześniej we Lwowie.

Aresztowania i zatrzymania „wrogów narodu”, głównie Polaków, odbywały się praktycznie każdej nocy. Zwalano polskie pomniki, zamykano kościoły, nacjonalizowano majątki. W atmosferze terroru i bezprawia nowa władza instalowała się na Kresach. Ten, komu udało się we względnym spokoju przeżyć kolejną noc, mógł się uważać za szczęśliwca. Wrogiem był sowiecki funkcjonariusz z malinowym otokiem na czapce, wrogiem mógł być jednak także każdy z sąsiadów, mówiący z nieco innym akcentem, stanowiący teraz w oczach władzy sowieckiej „czynnik społeczny” – istotny politycznie element w walce z „polskim wyzyskiem i niesprawiedliwością”.

10 lutego 1940 roku prasa gadzinowa w okupowanej przez Niemców Warszawie zamieściła przekład korespondencji „Frankfurter Zeitung” z Moskwy o ukończeniu „demarkacji niemieckiej i sowieckiej strefy interesów”. Linia demarkacyjna, a więc sowiecko – niemiecka granica oznaczająca iv rozbiór polski, ciągnęła się wzdłuż linii rzek San-Bug-Narew-Pisa. Tego samego dnia o świcie do tysięcy polskich domów na Kresach załomotały pięści funkcjonariuszy NKWD. Rozpoczęły się masowe deportacje. W czterech kolejnych wielkich falach deportacyjnych przymusowo wysiedlono co najmniej kilkaset tysięcy (A MÓWI SIĘ NAWET O DWÓCH MILIONACH) Polaków. Osadników wojskowych, leśników, kolejarzy, rodziny polskich oficerów i żołnierzy osadzonych w obozach jenieckich, starców, dzieci, chorych, ułomnych …

Podróżowali w bydlęcym wagonie w nieznane, cierpiąc głód, choroby, zimno. Na zawsze wyrzuceni ze swoich domów, bezprizorni, specperesielency, administratywni … Tylko część dotarła do miejsca przeznaczenia. Resztę grzebano w jałowej ziemi lub po prostu wyrzucano z jadącego pociągu w śnieg. Płacz, krzyk dzieci, głód i zimno. Drogę tych eszelonów znaczyłyby polskie krzyże gdyby ktoś miał wtedy czas i możliwość aby je stawiać.

Zatrzymajmy się na chwilę przy mechanizmie WYPĘDZENIA. Wysiedlenia zaczynały się najczęściej w środku nocy lub o świcie. Wyjątek stanowiła deportacja uchodźców z czerwca 1940 R., kiedy to ludność gromadzono stopniowo, w ciągu kolejnych dni, najczęściej pod pretekstem stawienia się na wyjazd do niemieckiej strefy okupacyjnej, o co większość wówczas deportowanych bezskutecznie zresztą zabiegała.

Specjalne grupy operacyjne, po otrzymaniu wykazu osób podlegających zatrzymaniu, udawały się wraz z uzbrojonym konwojem pod wskazane adresy, budziły wyznaczone rodziny, mężczyzn (jeśli byli) stawiały pod ścianą, by uniemożliwić jakikolwiek opór, po czym przeprowadzały gruntowną rewizję w celu wykrycia broni, amunicji, obcej waluty i materiałów kontrrewolucyjnych. Dość często korzystały przy tym z lokalnych działaczy, którzy służyli im za przewodników i tłumaczy. Po zakończonej rewizji wyznaczano czas na spakowanie najniezbędniejszych rzeczy i podwodami transportowano zatrzymanych do miejsc formowania się składów deportacyjnych.

Deportacja oznaczała w praktyce utratę całego posiadanego dotąd majątku. Instrukcja Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRr z grudnia 1939 roku o porządku przesiedlania polskich osadników z zachodnich obwodów USRS i BSRS przewidywała prawo do zabrania jedynie 500 kg dobytku na rodzinę – najczęściej ubrań i podstawowych sprzętów domowych. Bywało i tak, że konwój nie pozwalał na zabranie prawie niczego. W kolejnych falach deportacyjnych kontyngent ten zmniejszono do 100 kg. Pozostawione mienie przechodziło na własność państwa. Wiele rzeczy, zanim udało się je zabezpieczyć, rozkradali okoliczni mieszkańcy oraz lokalni komunistyczni działacze partyjni.

Ostatnia wielka deportacja ludności polskiej miała miejsce w czerwcu 1941 roku. Mimo wybuchu wojny z Niemcami, sowieci konsekwentnie realizowali swój plan „przywracania spokoju”. Mimo atakujących sztukasów, towarowe pociągi z wysiedlanymi Polakami jechały na Wschód. Ile z nich nie dotarło na miejsce – nie wiadomo do dziś …

14 marca 1940 R. w gabinecie Bogdana Kobułowa, szefa Głównego Zarządu Gospodarczego NKWD, odbyła się narada. Uczestniczyło w niej kilkanaście osób, wśród nich szefowie Zarządu NKWD obwodu smoleńskiego, kalinińskiego i charkowskiego, ich zastępcy oraz komendanci wojskowi zarządów obwodowych NKWD. To im wówczas zlecono wymordowanie jeńców. 22 marca Beria wydał rozkaz nr 0350 „O rozładowaniu więzień NKWD USRR i BSRR” – w tych więzieniach większość więźniów stanowili polscy oficerowie i policjanci. 1 kwietnia z Moskwy wyszły trzy pierwsze listy – zlecenia skierowane do obozu ostaszkowskiego. Zawierały nazwiska 343 osób i były początkiem akcji „rozładowania obozów”. DAŁO TO POCZĄTEK ZBRODNI NA NIESPOTYKANĄ SKALĘ – ZBRODNI KATYŃSKIEJ – W TRAKCIE KTÓREJ, W MARCU I KWIETNIU 1940 R. ZAMORDOWANO STRZAŁEM W TYŁ GŁOWY BLISKO 22.000 OFIAR. MIESIĄC PÓŹNIEJ ICH RODZINY, NIE WIEDZĄCE NIC O TRAGEDII, DEPORTOWANO DO KAZACHSKIEJ SRR. DO DNIA DZISIEJSZEGO NIE JEST ZNANA OSTATECZNA LICZBA OFIAR.

Oficerów polskich wymordowano na rozkaz Stalina, a wiernym i gorliwym wykonawcą jego woli, jeżeli nie wprost pomysłodawcą tego projektu, był szef NKWD Ławrentij Beria. Powodem tej decyzji była prawdopodobnie stwierdzona w trakcie „rozpracowywania” jeńców w trzech obozach całkowita ich nieprzydatność z punktu widzenia interesów ZSRR. Zdecydowana większość z nich nie była skłonna do współpracy z organami sowieckimi i dlatego jako ludzie o wysokim poczuciu godności i niezależności, w zbrodniczym systemie stalinowskim musieli zginąć.